niedziela, 5 kwietnia 2015

Servel

Słońce chyliło się ku zachodowi. Pod dom państwa Smith podjechał czarny samochód. Typowy muscle car. Przedmieścia każdego dużego miasta miało w sobie tą uwodzącą nutkę spokoju. Z auta wysiadł chłopczyk, na oko miał osiem, może dziewięć lat.  Czarne włosy, jasnoniebieskie oczy, wąskie usta i  zgrabny nos. Obok niego pojawił się prawdopodobnie ojciec. Byli bardzo do siebie podobni. Te same oczy, kości policzkowe, oraz włosy. Syn był młodszą kopią ojca. Jedyne co przypominało matkę to usta.
- Cześć Samanta. – Widok tego mężczyzny zawsze zmiękczał jej serce. Osoba, z którą spędziła ostatnie dziesięć lat swojego życia. Wspomnienia wróciły.  Był taki jakiego go zapamiętała. Wysoki, przystojny, ogolony. Koszula i jeansy dodawały mu osobliwego uroku.
- Cześć  James. Dzięki, że go odwiozłeś.
- Nie miałem wyjścia. Neil zrobił scenę. Zawsze miał wybujałą wyobraźnię. To przez telewizję. Za nic nie chciał wejść do domu. Chodź tu łobuzie tatuś chce się pożegnać. – Mężczyzna mocno przytulił syna.
- No dobra to by było na tyle muszę jechać. – James wsiadł do swojego auta, wyjechał z podjazdu i po chwili dało się widzieć tylko tylnie czerwone światła forda. Samanta pochyliła się nad synem.
- Skarbie dlaczego nie chciałeś zostać u taty?
- Bo tam są potwory. Widziałem jednego ! – Twarz dziecka wykręcił grymas strachu. Samanta mocno przytuliła chłopca.
- Już spokojnie. Nie ma żadnych potworów. A na pewno nie ma ich u nas…


-Ehh znowu zacina się okno nad garażem. Niedawno wymieniałem zawiasy wiec dlaczego nie chce działać… Drabina… zaraz naprawię to cholerstwo…
Drabinka stała nieopodal  garażu, oparta o boczną ścianę domu. James szybko przyniósł potrzebne narzędzia i po chwili reperował zepsute okienko. Czując jeszcze echo emocji z przeżytego dnia, mężczyzna nie potrafił się skupić na swojej czynności. Upuścił młotek, który z łoskotem uderzył o asfalt. Mężczyzna soczyście zaklął po czym zaczął schodzić. Po pierwszym stopniu drabinka się zachwiała. Strach sparaliżował mężczyznę. Po chwili drabina, pchana niewidzialną siłą runęła na ziemię przygniatając mężczyznę…


- Co Ci się udało znaleźć Chowie? – Kubek kawy był pierwszą dobrą rzeczą, która go dziś spotkała.
- Nic nadzwyczajnego. Jedna informacja mnie nurtuje w Hurtsville zginęło trzech mężczyzn. Wygląda to na zwykłe wypadki. Jeden mężczyzna spadł z drabiny, inny wpadł na piłę. A trzeci zleciał z dachu. Niby nic nadzwyczajnego ale kto ginie od upadku z półtorej metra. – Kobieta przeglądała Internet w poszukiwaniu pracy. Z tego się utrzymywali. Jeździli od stanu do stanu szukając dziwnych przypadków. Za większością stały demony, chociaż różnie się zdarzało.
- Może uderzył głową o ziemię, pęknięta podstawa czaszki i śmierć? – Oczy łowcy ukazywały wielkie zmęczenie. Ostatnia misja okazała się fiaskiem. Pięćset kilometrów przebytych nadaremno. Ratował ich tylko fundusz anielski. Warunek był prosty. Od każdej rozwiązanej sprawy dostawali dziesięć tysięcy. Pieniądze wystarczały na broń, paliwo, jedzenie i ewentualne zakwaterowanie. Taka była cena jego współpracy z diablicą. Archanioł odebrał mu większość przywilejów zostawiając tylko odporność na choroby.
- To nie wydaje CI się podejrzane? Nagle ginie trzech mężczyzn w spokojnej dzielnicy. Może się mylę ale sprawdzę jeszcze ich dane… Jest mam. Wszyscy byli rozwodnikami. Każdy z nich ma przynajmniej po jednym dziecku. I co ciekawe dzieci są w wieku od sześciu do dziesięciu lat. To już chyba trochę dziwne prawda? Pozatym to tylko dwadzieścia kilometrów na południe. – Diablica polująca na demony. Los uwielbia paradoksy. Chowie była silną kobietą, gdy zrozumiała, że nie może już dłużej się ukrywać przed łowcami poddała się rytuałom oczyszczenia. Stała się zwykłą kobietą, nie przejawiającą już żadnych zdolności. Dla demonów jest tylko zwykłym człowiekiem. Oddzielenie demonicznej części duszy Chowie nie było prostym zabiegiem, ale na szczęście skończyło się pomyślnie.
- Zainteresowałaś mnie. Zbieramy się. Widziałaś może kluczyki?


- Detektyw Terranova i detektyw  Frankwood. Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań w związku ze śmiercią pana Smitha. – Odznaki z biura federalnego były genialnie podrobione. Jedna z zalet współpracy z boskimi siłami. Mogli podszyć się pod każdą organizację.
- Już rozmawiałam z policją na ten temat, tak wielu natrętów interesuje się śmiercią  Jamesa, że już nie chcę odpowiadać na żadne pytania.  – Czarna sukienka falowała na wietrze. Idealnie kontrastowała z jej długimi, sięgającymi bioder, blond włosami. Do mamy przybiegł synek.
- To ten potwór zabił tatę mówiłem Ci!-  Chłopczyk szarpał za sukienkę mamy.
- Neil! Do pokoju. Przestań opowiadać kłamstwa bo dostaniesz karę na telewizję… Proszę wybaczyć mój syn ma wybujałą wyobraźnie. – Karcące spojrzenie matki szybko ostudziło zapał chłopca.
- Czekaj, czekaj mały. O jakim potworze mówisz?
- Taki mały stworek, taki jak ja. Miał dziwne puste oczy i dużo zębów. Widziałem jak wchodził do garażu. Mówiłem tacie ale nie słuchał. A ja się bałem…
- Dobra mały nie będziemy Cię męczyć. –Chris sięgnął do kieszeni w kurtce – Tu ma pani mój numer, gdyby syn sobie coś jeszcze przypomniał proszę zadzwonić. Na razie nie mam więcej pytań. Dziękujemy za poświęcony czas. – Szybkim krokiem powrócili do stojącego niedaleko auta.
- Trzeba jeszcze sprawdzić miejsce wypadku….


Domek Jamesa Smitha byłby nie do rozpoznania gdyby nie taśmy policyjne, które były dosłownie wszędzie. Policjanci pilnujący miejsca wypadku bez problemu wpuścili federalnych.
- Dobra Chowie szukamy wszystkiego co może wskazywać na obecność demona. Przede wszystkim szukamy siarki. – Czujny wzrok wypatrywał wszelkich możliwych poszlak, niestety bezskutecznie. Stracili ponad dwie godziny przeczesując teren posesji. Znaleźli wielka plamę krwi na podjeździe i przewróconą drabinę.  Jeżeli jakiekolwiek ślady  obecności demona były na miejscu zbrodni, to zostały zatarte. Łowcy powrócili do swojego samochodu.
- To bez sensu Chowie. Nie ma niczego, co wskazywałoby na działanie demona. Chodzimy we mgle. Może to faktycznie wypadki?
- Możliwe. Ale wróćmy już do motelu bo jestem wykończona.


Ze snu wyrwał go dzwonek telefonu. Nie ma to jak przyjemny poranek. Zegarek wskazywał siódmą rano, ale po ostatnich tygodniach mógłby przespać nawet kilka dni. Dwadzieścia minut po telefonicznym zawiadomieniu panny Smith łowcy byli w pobliskim parku.
- Wzywała nas pani. Co się stało? – Chowie nadal była zaspana, mimo to dzielnie stawiała czoła trudom kolejnego dnia.
- Może to głupie, ale dzieciaki z okolicy się pozmieniały. Mój Neil też. Zawsze biegał, bawił się z dziećmi a teraz nic. Siedzi sam na huśtawce. Jeszcze ta wczorajsza wizyta opieki społecznej. Ta kobieta chyba nigdy nie da mi spokoju. Wezwałam państwa bo mój syn wczoraj wyszedł pobawić się z dziećmi z sąsiedztwa, a przyprowadziła go owa dziwna pani…
- Może pani podać jej rysopis? – Chris wyciągnął z kieszeni malutki notes i długopis. Każda informacja może być cenna. Nawet jeśli to tylko przypadkowa osoba
- Nazywała się Teresa Jackson. Pracuje w opiece społecznej. Wyższa ode mnie, przeraźliwie chuda, czarne włosy sięgające do ramion.
- Dziękuję. Proszę kontynuować. – Wszystkie informacje zostały skrupulatnie zapisane w małym notesie.
- Na czym to ja … A tak. No i przyprowadziła mi moje dziecko a Nail stał się jakiś cichy. Nic nie opowiadał tylko gapił się przez okno na ludzi. Na kolację zjadł o wiele więcej niż zwykle i jeszcze mówił, że jest głodny. Ale nie to jest najgorsze. Przez dom poruszał się praktycznie bezszelestnie. Zaczynam się go bać. Dziś też jest jakiś inny.
- Proszę się nie bać. Ojciec mu zginał może to szok po wydarzeniowy? –
- Panno Frankwood ale to nie jest przybite dziecko. Chodzi uśmiechnięte, ciągle chce by się z nim bawić, by dać jeść. Wymaga o wiele więcej uwagi. Rano gdy się obudziłam spał koło mnie. A nigdy wcześniej tego nie robił. To nie jest normalne.
- Na razie pani nie możemy pomóc, ale gdy tylko coś ustalimy na pewno panią poinformujemy. Może dzieciak potrzebuje więcej uwagi a za maską radości kryje się jego smutek. Póki co dziękujemy za rozmowę pora wracać do obowiązków służbowych. Dziękujemy za te informacje. A i jeszcze jedno. Gdzie syn ma pokój?
- Na piętrze nad garażem. A czy to ważne? – Samanta stała zdezorientowana. Pytania detektywów i obecna sytuacja nie rokowała niczego pomyślnego.
- Nie, skądże. Tak tylko spytałam – Chowie wysiliła się na jeszcze jeden uśmiech. Gdy tylko łowcy oddalili się od matki zauważyli jeszcze trójkę dzieci, które wpatrywały się w „detektywów” tępym wzrokiem.
- Widzisz to Chris? To nie jest normalne zachowanie ośmiolatków.
- Racja, ale nic na to nie poradzimy. Może jeszcze raz obejrzyjmy dom Jamesa. Może przeoczyliśmy coś ważnego.
- Wątpię. Sprawdziliśmy wszystko. Może obejrzyjmy dom Samanty?


- I co chcesz tu znaleźć Chowie? Dom jak każdy inny. – Dochodziło południe, słońce prażyło niemiłosiernie. Posesja była dobrze utrzymywana, trawnik ładnie przycięty a na bocznej ścianie garażu wisiał kosz do gry. Przeciętny dom z przedmieścia.
-Szukamy wszystkiego co może nam się przydać. Zaglądnij wszędzie, pod każdy kamień. Może coś się uda znaleźć. – Minuty mijały a dwójka łowców przeczesywała całą posesję. Nie odważyli się wejść do domu.  Chowie została przy froncie domu, a Chris sprawdzał ogród za domem. Oprócz masy krzaków, udało się odnaleźć szopę na narzędzia. Wszystko było pozamykane. Ani ogród, ani tylne ściany nie nosiły śladów krwi albo uszkodzeń. Łowca usłyszał kroki osoby zbliżającej się do niego. Odruchowo sięgnął po ukryty nóż w cholewie buta.
- Chris spokojnie to tylko ja. Chodź szybko. Mam coś. – Chowie pomaszerowała ku frontowi domu. Kucnęła niedaleko parapetu, obok drzwi frontowych.  Na ścianie było widać czerwony ślad. – Krew. To już się robi dziwne. Nie widziałam by chłopiec był ranny.
- Ja też nie. Młody dobrze wyglądał. Może faktycznie lekko zawieszony ale poza tym było okej.
- Dobra już coś mamy. Teraz się rozdzielmy. Podrzuć mnie do hotelu pogrzebię po Internecie może znajdę jakieś wzmianki o dziwnych wypadkach w okolicy. A ty  sprawdź domy tych dwóch dzieciaków, którym też zginęli ojcowie. Może też coś znajdziesz. Szukaj czerwonych śladów.
- No dobra, to pora brać się do pracy.


- I jak Chris znalazłeś coś? – Pokój w którym się zatrzymywali był pozbawiony wszelakich wygód. Nie pozwalał na to ich budżet. Duże podwójne łóżko, stół, dwa i pomieszczenie sanitarne to było wszystko na co mogli sobie pozwolić.
- Tak jak myślałaś. Na wszystkich trzech domach są ślady krwi. W różnych miejscach, ale są. Nigdzie nie było śladu siarki. Ehh jestem wykończony. Cos jest do jedzenia? – W jego stronę poszybowało opakowanie z cheesburgerem.  – Kochana jesteś.
- Wiem. A teraz słuchaj. Z tego co wygrzebałam w sieci to czterdzieści cztery lat temu miało miejsce parę wypadków. Niby nic takiego ale wszystkie wydarzyły się na przestrzeni tygodnia. Było osiem zgonów. Umierali tylko mężczyźni, którzy się rozwiedli. Co ciekawe od ostatniego morderstwa nie minęło dwa miesiące jak zaczęły umierać byłe żony tych mężczyzn a dzieci zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach.  Do dziś nie udało się je znaleźć.
- To już coś nam mówi.  Seryjny morderca? – Mówienie z pełnymi ustami nigdy nie było prostym zadaniem.
- Wątpię. Cała akcja trwała jakoś cztery miesiące potem się uspokoiło. Poszperałam w demonologiach ale nic specjalnego nie znalazłam. Chcesz coli?
- Zawsze. No dobra to jedyne co wiemy. Jest już późno chodźmy spać. Resztą zajmiemy się jutro.


- Neil daj spokój. Zjadłes już kolację, zapiekankę i mini pizzę. Gdzie ty to mieścisz?
- Mamo ale jestem głodny. Co jemy?
- Już nic nie jemy jest dwudziesta trzecia.
- To chodź się pobawić mamo.
- Neil przerażasz mnie. Idz już spać. – Dzieciak w końcu się poddał i z obojętną miną ruszył po schodach do swojego pokoju. Zrezygnowana Samanta udała się do łazienki. Ze strachu przed dzieckiem zamknęła drzwi. „Z tym dzieckiem dzieje się coś złego”… Prysznic. To wszystko czego jej było potrzeba. W lustrze zauważyła lekko zaczerwienioną skórę. Używając drugiego lusterka znalazła ranę na lewym barku, niedaleko kręgosłupa. Rana była kulista, okrąg wyznaczały dziury po zębach z większym otworem w środku. Kobieta pełna przerażenia weszła pod prysznic. Zmywała z siebie trudy ,smutki mijającego dnia oraz rozmyślała nad dziwną raną . Łup. Coś uderzyło w drzwi od łazienki. Łup. Ponownie.
- Mamo wpuść mnie!
- Nie teraz kochanie kąpie się. – Strach ściskał żołądek matki Neila.
- Mamo wpuść mnie! – Uderzenia stawały się coraz częstsze. Drzwi napierały na framugę z coraz większą siłą.
- Jeszcze chwila kochanie! – Kobieta rozpoczęła poszukiwania telefonu. Numer do Chrisa… Karteczka została na dole.  Chłopiec coraz głośniej zaczynał krzyczeć, rozkazując mamie by ta wpuściła go do łazienki. Nagle wszystko ucichło, równie gwałtownie jak się rozpoczęło. Zadzwonił dzwonek od drzwi. Po chwili irytujący dźwięk dzwonka ponownie rozebrzmiał w domu. Samanta otworzyła drzwi od łazienki, chociaż wymagało to od niej ogromnej uwagi. Nigdzie nie było widać Neila. Okazało się, że dzwonił sąsiad zdziwiony nocną awanturą. Uspokojony Tommy wrócił do siebie. Gdy tylko mężczyzna się oddalił pojawił się Neil.
- Chcę lody. – Tajemniczy uśmiech chłopca przyprawiał o ciarki na plechach.
- Dobrze, idź się ubierz pojedziemy po lody do marketu. – Matka wymusiła kolejny uśmiech. Wszystko musiało wyglądać naturalnie by jej chory plan się powiódł. Kilka długich minut później Neil siedział już na tylnym siedzeniu. Gdy Samanta ustawiała lusterko, przypadkowo skierowała je na dziecko. Jej oczom ukazał się potwór. Istota, która przypominała jej synka, lecz była pozbawiona oczu, a usta przybrały owalny kształt i były naszpikowane ostrymi zębami. Z ust wystawał też język w kształcie rurki. Matka szybko odwróciła głowę patrząc na małego chłopca. Wszystko było normalnie. Nie zwracając uwagi na lusterko zmieniła jego kąt nachylenia. Już nie patrzyła na synka, jak to miała w zwyczaju. Lusterko odbijało obraz podsufitki. Za bardzo bała się potwora. Ruszyła powoli, kierując się ku centrum miasta. Zamiast na obwodnicy skręcić w prawo, w drogę wiodącą ku centrum skręciła ostro w lewo w kierunku stawu.
- Mamo gdzie jedziemy? – Głos z tyłu nadal przypominał głos małego, niewinnego chłopca.
- Po lody skarbie. – Kobieta starała się utrzymać miły i przyjazny ton wypowiedzi. Zatrzymała się przed samym stawem na pochylni. Zaciągnęła hamulec ręczy i zrzuciła bieg.
- Mamo dlaczego się tu zatrzymaliśmy? – Kobieta otworzyła swoje drzwi. Dzieciak siedział przypięty do fotelika w taki sposób, że nie był w stanie ruszyć rękoma.
- Wszystko będzie dobrze Neil.- Kobieta wychodząc z auta zwolniła hamulec. Auto zaczęło się toczyć powoli ku wodzie. Dziecko z obojętnym uśmiechem patrzyło się na swojego mordercę. Samochód zanurzył się w wodzie i Neil zniknął w otchłani.  Matka wróciła do domu po dwóch godzinach od wydarzenia. Wchodząc do domu płakała. Dręczyły ją wyrzuty sumienia. W końcu zabiła swoje jedyne dziecko. Została sama, a cała jej siła do życia spoczywała na dnie pobliskiego stawu. W domu panowała ciemność i cisza. Kobieta słyszała jedynie swój własny oddech, bicie serca oraz odgłosy płaczu. Znała dom jak własną kieszeń. Minęła schody wiodące na piętro i skierowała się ku kuchni. Wchodząc do salonu usłyszała dziwny dźwięk dobiegający z kuchni. W słabo oświetlonym pomieszczeniu zauważyła zarysy jakiejś postaci. Coś jakby dziecko. Zapaliła światło i jej oczom ukazał się straszny widok. Na barowym krześle siedział Neil, z jego ubrania kapała woda, był cały przemoczony. Siedział odwrócony do niej plecami. Powoli się odwrócił i z obojętnym uśmiechem powiedział:
- Mamo, ja chcę lody. – Kobieta nie wytrzymała. Z krzykiem uciekła z domu, zachowując się na tyle przytomnie by przy wyjściu złapać za torebkę. W środku była karteczka i telefon.


- Rana po ugryzieniu. Tylko jeden demon zostawia takie rany.- Chowie zabandażowała szyję rannej kobiety, dezynfekując rany aloesem. – Już wiem co atakuje to miasteczko. To są Servely. Demony, które podszywają się pod różne osoby i wysysają płyn mózgowordzeniowy. Dzieciaki przetrzymywane są w odosobnieniu z matką demonów. Służą jej za pokarm a ona składa nowe jaja. Wyjątkowo paskudne stworzenia. Przeważnie chowają się po opuszczonych budynkach albo pod ziemią. – Po przyjeździe łowców nigdzie nie było widać małego Neila. Dom był naprawdę pusty. Chris z przyzwyczajenia wziął butelkę wody święconej, dwa pistolety oraz obrzyn. Naboje w pistoletach miały diamentowe trzony a w strzelbie były wypełnione solą.
- Wiesz jak je najprościej zabić? Jakieś słabe punkty?- Chris czyścił przyniesione przed chwilą noże. Nie miał ich dużo, ale był z nimi bardzo związany. Nie raz stal i srebro ratowały mu skórę.
- Z tego co wiem boją się ognia. Ale jak to nie zadziała po prostu je rozstrzelamy.  A i najważniejsze. Trzeba złapać matkę miotu. Gdy ona umrze, zginą wszyscy. A jeśli nie, to zrobimy im małą krucjatę. Samanto nie wiesz przypadkiem czy w okolicy jest jakiś opuszczony budynek?

- Nie ma tu nic opuszczonego. Wszystko jest nowe. Chociaż… Jeden budynek jest w fazie budowy i od kilku tygodni nie było tam robotników…

Koniec części pierwszej 

Brak komentarzy: