sobota, 11 kwietnia 2015

Servel część 2


Czarna Shelby GT500 skończyła swą trasę na końcu osiedla przy nowo budowanym domku jednorodzinnym. Nadchodził wieczór, słońce powoli opuszczało nieboskłon zalewając osiedle pomarańczowym blaskiem. Para łowców wysiadła z wozu. Posesja wyglądała jak plac budowy. Wszędzie walały się worki z zaprawą, narzędzia, płachty oraz dziesiątki różnych innych materiałów. Dom był w stanie surowym. Ściany były gołe, nieotynkowane, drzwi nie było, okna też jeszcze nie zostały zamontowane. Jedynym finalnie skończonym etapem był dach. Przed wejściem usypana była górka z piasku.

- Chris patrz. – Chowie ostrożnie podeszła do kupki sypkiego materiału i sprawdziła co to naprawdę jest.

-To nie jest piasek. Wygląda mi to na czerwoną glinę… dość specyficzną. Po roztarciu zostawia mocne czerwone ślady. – Dłonie Chowie wyglądały jak po rzezi na niewinnym stworzeniu. Z łatwością można było pomylić glinę z krwią.

- Czyli to nie krew była na parapetach a glina. – Chris odbezpieczył pistolet. – Pilnuj się. Możliwe, że tu mają swoje gniazdo. – Ostrożnie rozpoczęli badanie domu. Przedpokój prowadził przez całą długość domu aż do drugiego wyjścia. Pomieszczenie po lewej stronie, które zapewne miało stać się salonem było puste. Prócz kilku worków z zaprawą i kilkoma deskami nie było tam nic. Wysoki krzyk przeszył powietrze. Tylko jedna osoba potrafi wydobyć z siebie taki pisk… Chowie! Chris szybko wrócił do przedpokoju i ruszył w stronę dźwięku. Trafił do pokoju oddalonego kilka metrów od salonu. Pokój był mały i lekko zaciemniony. Łowca zauważył leżącą na podłodze towarzyszkę, szarpiącą się z małym szarym stworzeniem. Bez namysłu otworzył ogień. Dwie kule trafiły potwora odpowiednio w krzyż i podstawę czaski. Ciało zastygło bez ruchu.

- Chowie! Nic Ci nie jest? Nie ugryzł Cię? – Pokonanie dystansu dzielącego go od kobiety zajęło mu mniej niż trzy sekundy

- Nie nic. Dałam się zaskoczyć. Potwór przybrał wygląd Neila. Nie byłam w stanie go zaatakować. Przeklęte Selvery. Na szczęście nie zdążył mnie ugryźć. A dużo nie brakowało. Nawet nie dobyłam noża. Dzięki. – Łowczyni wstała o własnych siłach. Tym razem miała więcej szczęścia niż niejedna matka. Gdyby nie drugi łowca ta przygoda mogłaby się już zakończyć.

- Chowie chodź się pobawić. – W ciemnym przedpokoju stał Barry. Jego popielate włosy sięgały do ramion. Od ich ostatniego spotkania minęło już sześć miesięcy. Miał tam pozostać aż do ukończenia czternastego roku życia. Postać stojąca w pomieszczeniu miała około dziesięciu lat.

- To nie jest nasz chłopiec Chris. – Mina łowczyny ukazywała ogromną troskę oraz strach. W dłoni mężczyzny błysnął wypolerowany pistolet.

- Wiem. – Potwór skoczył w stronę Chowie. Nim pokonał połowę odległości dzielącej go od kobiety padł strzał. Selver stracił życie. Martwa postać wylądowała nieopodal nóg Chrisa. Zapadła cisza. Łowcy podjęli sprawdzanie domu. Reszta pomieszczeń na parterze była pusta, podobnie jak pokoje na pierwszym piętrze. Para postanowiła wyjść na posesje.

-Nigdzie nie ma wejścia do piwnic.- Chowie przeszukała wzrokiem ogród.

-To nowy dom wiec wejścia do piwnic mogą się znajdywać na podwórku.

-Możliwe. – Myśliwi przez ponad godzinę przeczesywali teren dookoła domu. Bezskutecznie… Towarzyszył im księżyc, który niedawno rozpoczął swą wędrówkę po niebie.

-Chowie! Mam coś! – głos mężczyzny przepełniało podniecenie. Pod stertą liści znajdował się właz, drzwiczki były zabezpieczone kłódką. Kilka uderzeń kamieniem zniszczyło zabezpieczenie. Okropny smród uderzył po nozdrzach bohaterów. Dwa snopy światła wydobywające się z latarek łowców rozświetliły piwnicę. Piwnica by średnim i ciemnym pomieszczeniem. Pod prawą ścianą stały dwa rzędy klatek, dokładnie dwanaście sztuk. Ponad połowa była zajęta była zajęta przez dzieci. Naprzeciw nich znajdowała się jeszcze jedna, większa klatka. Zajmowała ją kobieta, na oko po czterdziestce, leżała zwinięta w pozycji embrionalnej. Spała. Po przeciwnej stronie stał stół z narzędziami, a na środku pomieszczenia stało krzesło, a na nim siedziała dziewczynka. Mała blondynka w wieku około ośmiu lat. W jej włosach było widać skrzepy krwi. Nad jej głową znajdowała się żarówka. Dziewczynka była przypięta do krzesła skórzanymi pasami, na karku widniał ślad po ugryzieniu.

- Identyczna rana jak u Samanty. –W chwili gdy Chowie mijała siedzącą postać, ta poruszyła się.

- Nie rób mi krzywdy !- Krzyk dziewczynki obudził dzieci w klatkach.

- Spokojnie mała, nikt Cię nie skrzywdzi. – Nim Chris skończył zdanie mała blondynka zaczęła płakać.

- Ona znowu tu przyjdzie! Będzie nas bić a potem nas ugryzie! Jestem następna! – Płaczu dziecka nie dało się już powstrzymać.

- Kto przyjdzie? Patrz na mnie! Spokojnie… Kto ma przyjść? – Drzwi od piwnicy otworzyły się z hukiem.

- Ona! To ona ! – Krzyk blondynki wypełnił pomieszczenie. W drzwiach stanęła kobieta o czarnych sięgających ramion włosów. Była niewiele wyższa od Chowie, ale znacznie niższa niż Chris.

- Panna Jackson. Troskliwa pracownica opieki społecznej. A raczej jej sobowtór. Selver. Ciągle się zastanawiałam co was przywiało akurat tutaj. Pierwszy wasz atak, nieładnie uprowadzać ludzi. Teraz będziemy musieli się pożegnać. W tym świecie nie ma miejsca dla demonów. – Chowie dobyła sztyletu, który leżał ukryty w cholewie buta. Srebrna finka ze znakami runicznymi. Jedyne ostrze mordujące demony. W tym samym czasie Chris odbezpieczył broń palną i obydwie lufy wycelował w stojącego w wejściu potwora.

- To mnie nie zabije. Jestem nieczuła na broń i srebro. Możecie próbować do woli. – Podmieniec ruszył do ataku. Jednym susem pokonał pół odległości dzielącej go od łowców. Salwa pocisków zalała pędzącego stwora. Kule przeszyły Selvera bardzo poważnie go raniąc, jednak przeciwnik nie okazał nawet grymasu bólu.

- Mówiłam wam, że to na mnie nie działa. Spróbujcie czegoś innego. – Jednym uderzeniem odtrąciła Chrisa, który z impetem uderzył o ścianę po prawej stronie. Bezwładnie osunął się na stół z narzędziami, który załamał się pod jego ciężarem. Chowie zawirowała z ostrzem w dłoni skacząc obok potwora niczym kotka w tańcu z jeżem. Nie potrafiła dosięgnąć podmieńca. Stwór jednym manewrem wyminął lecące ku niemu ostrze, łokciem trafił w mostek Chowie pozbawiając ją oddechu. Jedną dłoń zacisnął na jej gardle i uniósł ją na wysokość własnych oczu. Łowczyni dusząc się zaciskała dłonie na przegubie agresorki. Padł strzał, potwór przyklęknął na jedno z kolan wypuszczając kobietę.

- Uciekaj na dwór! Ja się nim zajmę. – W dłoni łowcy pojawił się kanister. Szybkim ruchem oblał potwora. Na powstałą stróżkę paliwa rzucił zapałkę. Stwór zaczął się palić. Okropny krzyk i smród wypełniły małą piwniczkę. Potwór szybko zmienił się w kupkę popiołu. Łowca z trudem wydostał się z piwnicy.

- Potwór już jest martwy? – Chowie z trudem łapała powietrze. Siny ślad wokół jej szyi ciągle przypominały o przeżytym niedawno horrorze.


- Z tego co ja wiem gdy zabije się matkę to giną też jej dzieci. Dlatego wszystko powinno wrócić do normy. Pora uwolnić dzieci i zakończyć ten koszmar. – Wspólnie wrócili do piwnicy gdzie czekały na nich przestraszone pociechy. 


W Hurtsville w końcu zapanował spokój. Tydzień po tragicznych wydarzeniach do przedmieścia dużego miasta wróciła harmonia. Dzieciaki znowu radośnie bawiły się na placach zabaw, matki wychodziły wraz z dziećmi i każdy starał się zapomnieć o dziwnych wydarzeniach. Dla rodzicielek uprowadzonych dzieci zostało zorganizowane szkolenie, na którym łowcy wytłumaczyli kobietom co się stało oraz to jak przeciwdziałać gdyby, którekolwiek z dzieci zaczęło się dziwnie zachowywać. Po wyjściu z budynku gdzie odbywało się spotkanie łowcy ruszyli w stronę stojącego mustanga.

- Dawno nie byliśmy u Barrego. – Widok zachodzącego słońca pobudził uśpione troski Chowie.

- Racja. Może odwiedzimy go teraz? – Chris wykrzesał jeszcze jeden uśmiech. Zdarzenia minionego tygodnia wyczerpały mężczyznę do zera. Jedyne o czym marzył to prysznic i sen. Bardziej niż tego pragnął zobaczyć jeszcze jeden szczery uśmiech swojej kobiety. Te chwile budziły w nim chęć do walki i do życia. Kobieta kiwnęła głową.

- Najpierw jedziemy do motelu. Jutro ruszymy do naszego chłopca…



niedziela, 5 kwietnia 2015

Servel

Słońce chyliło się ku zachodowi. Pod dom państwa Smith podjechał czarny samochód. Typowy muscle car. Przedmieścia każdego dużego miasta miało w sobie tą uwodzącą nutkę spokoju. Z auta wysiadł chłopczyk, na oko miał osiem, może dziewięć lat.  Czarne włosy, jasnoniebieskie oczy, wąskie usta i  zgrabny nos. Obok niego pojawił się prawdopodobnie ojciec. Byli bardzo do siebie podobni. Te same oczy, kości policzkowe, oraz włosy. Syn był młodszą kopią ojca. Jedyne co przypominało matkę to usta.
- Cześć Samanta. – Widok tego mężczyzny zawsze zmiękczał jej serce. Osoba, z którą spędziła ostatnie dziesięć lat swojego życia. Wspomnienia wróciły.  Był taki jakiego go zapamiętała. Wysoki, przystojny, ogolony. Koszula i jeansy dodawały mu osobliwego uroku.
- Cześć  James. Dzięki, że go odwiozłeś.
- Nie miałem wyjścia. Neil zrobił scenę. Zawsze miał wybujałą wyobraźnię. To przez telewizję. Za nic nie chciał wejść do domu. Chodź tu łobuzie tatuś chce się pożegnać. – Mężczyzna mocno przytulił syna.
- No dobra to by było na tyle muszę jechać. – James wsiadł do swojego auta, wyjechał z podjazdu i po chwili dało się widzieć tylko tylnie czerwone światła forda. Samanta pochyliła się nad synem.
- Skarbie dlaczego nie chciałeś zostać u taty?
- Bo tam są potwory. Widziałem jednego ! – Twarz dziecka wykręcił grymas strachu. Samanta mocno przytuliła chłopca.
- Już spokojnie. Nie ma żadnych potworów. A na pewno nie ma ich u nas…


-Ehh znowu zacina się okno nad garażem. Niedawno wymieniałem zawiasy wiec dlaczego nie chce działać… Drabina… zaraz naprawię to cholerstwo…
Drabinka stała nieopodal  garażu, oparta o boczną ścianę domu. James szybko przyniósł potrzebne narzędzia i po chwili reperował zepsute okienko. Czując jeszcze echo emocji z przeżytego dnia, mężczyzna nie potrafił się skupić na swojej czynności. Upuścił młotek, który z łoskotem uderzył o asfalt. Mężczyzna soczyście zaklął po czym zaczął schodzić. Po pierwszym stopniu drabinka się zachwiała. Strach sparaliżował mężczyznę. Po chwili drabina, pchana niewidzialną siłą runęła na ziemię przygniatając mężczyznę…


- Co Ci się udało znaleźć Chowie? – Kubek kawy był pierwszą dobrą rzeczą, która go dziś spotkała.
- Nic nadzwyczajnego. Jedna informacja mnie nurtuje w Hurtsville zginęło trzech mężczyzn. Wygląda to na zwykłe wypadki. Jeden mężczyzna spadł z drabiny, inny wpadł na piłę. A trzeci zleciał z dachu. Niby nic nadzwyczajnego ale kto ginie od upadku z półtorej metra. – Kobieta przeglądała Internet w poszukiwaniu pracy. Z tego się utrzymywali. Jeździli od stanu do stanu szukając dziwnych przypadków. Za większością stały demony, chociaż różnie się zdarzało.
- Może uderzył głową o ziemię, pęknięta podstawa czaszki i śmierć? – Oczy łowcy ukazywały wielkie zmęczenie. Ostatnia misja okazała się fiaskiem. Pięćset kilometrów przebytych nadaremno. Ratował ich tylko fundusz anielski. Warunek był prosty. Od każdej rozwiązanej sprawy dostawali dziesięć tysięcy. Pieniądze wystarczały na broń, paliwo, jedzenie i ewentualne zakwaterowanie. Taka była cena jego współpracy z diablicą. Archanioł odebrał mu większość przywilejów zostawiając tylko odporność na choroby.
- To nie wydaje CI się podejrzane? Nagle ginie trzech mężczyzn w spokojnej dzielnicy. Może się mylę ale sprawdzę jeszcze ich dane… Jest mam. Wszyscy byli rozwodnikami. Każdy z nich ma przynajmniej po jednym dziecku. I co ciekawe dzieci są w wieku od sześciu do dziesięciu lat. To już chyba trochę dziwne prawda? Pozatym to tylko dwadzieścia kilometrów na południe. – Diablica polująca na demony. Los uwielbia paradoksy. Chowie była silną kobietą, gdy zrozumiała, że nie może już dłużej się ukrywać przed łowcami poddała się rytuałom oczyszczenia. Stała się zwykłą kobietą, nie przejawiającą już żadnych zdolności. Dla demonów jest tylko zwykłym człowiekiem. Oddzielenie demonicznej części duszy Chowie nie było prostym zabiegiem, ale na szczęście skończyło się pomyślnie.
- Zainteresowałaś mnie. Zbieramy się. Widziałaś może kluczyki?


- Detektyw Terranova i detektyw  Frankwood. Chcielibyśmy zadać pani kilka pytań w związku ze śmiercią pana Smitha. – Odznaki z biura federalnego były genialnie podrobione. Jedna z zalet współpracy z boskimi siłami. Mogli podszyć się pod każdą organizację.
- Już rozmawiałam z policją na ten temat, tak wielu natrętów interesuje się śmiercią  Jamesa, że już nie chcę odpowiadać na żadne pytania.  – Czarna sukienka falowała na wietrze. Idealnie kontrastowała z jej długimi, sięgającymi bioder, blond włosami. Do mamy przybiegł synek.
- To ten potwór zabił tatę mówiłem Ci!-  Chłopczyk szarpał za sukienkę mamy.
- Neil! Do pokoju. Przestań opowiadać kłamstwa bo dostaniesz karę na telewizję… Proszę wybaczyć mój syn ma wybujałą wyobraźnie. – Karcące spojrzenie matki szybko ostudziło zapał chłopca.
- Czekaj, czekaj mały. O jakim potworze mówisz?
- Taki mały stworek, taki jak ja. Miał dziwne puste oczy i dużo zębów. Widziałem jak wchodził do garażu. Mówiłem tacie ale nie słuchał. A ja się bałem…
- Dobra mały nie będziemy Cię męczyć. –Chris sięgnął do kieszeni w kurtce – Tu ma pani mój numer, gdyby syn sobie coś jeszcze przypomniał proszę zadzwonić. Na razie nie mam więcej pytań. Dziękujemy za poświęcony czas. – Szybkim krokiem powrócili do stojącego niedaleko auta.
- Trzeba jeszcze sprawdzić miejsce wypadku….


Domek Jamesa Smitha byłby nie do rozpoznania gdyby nie taśmy policyjne, które były dosłownie wszędzie. Policjanci pilnujący miejsca wypadku bez problemu wpuścili federalnych.
- Dobra Chowie szukamy wszystkiego co może wskazywać na obecność demona. Przede wszystkim szukamy siarki. – Czujny wzrok wypatrywał wszelkich możliwych poszlak, niestety bezskutecznie. Stracili ponad dwie godziny przeczesując teren posesji. Znaleźli wielka plamę krwi na podjeździe i przewróconą drabinę.  Jeżeli jakiekolwiek ślady  obecności demona były na miejscu zbrodni, to zostały zatarte. Łowcy powrócili do swojego samochodu.
- To bez sensu Chowie. Nie ma niczego, co wskazywałoby na działanie demona. Chodzimy we mgle. Może to faktycznie wypadki?
- Możliwe. Ale wróćmy już do motelu bo jestem wykończona.


Ze snu wyrwał go dzwonek telefonu. Nie ma to jak przyjemny poranek. Zegarek wskazywał siódmą rano, ale po ostatnich tygodniach mógłby przespać nawet kilka dni. Dwadzieścia minut po telefonicznym zawiadomieniu panny Smith łowcy byli w pobliskim parku.
- Wzywała nas pani. Co się stało? – Chowie nadal była zaspana, mimo to dzielnie stawiała czoła trudom kolejnego dnia.
- Może to głupie, ale dzieciaki z okolicy się pozmieniały. Mój Neil też. Zawsze biegał, bawił się z dziećmi a teraz nic. Siedzi sam na huśtawce. Jeszcze ta wczorajsza wizyta opieki społecznej. Ta kobieta chyba nigdy nie da mi spokoju. Wezwałam państwa bo mój syn wczoraj wyszedł pobawić się z dziećmi z sąsiedztwa, a przyprowadziła go owa dziwna pani…
- Może pani podać jej rysopis? – Chris wyciągnął z kieszeni malutki notes i długopis. Każda informacja może być cenna. Nawet jeśli to tylko przypadkowa osoba
- Nazywała się Teresa Jackson. Pracuje w opiece społecznej. Wyższa ode mnie, przeraźliwie chuda, czarne włosy sięgające do ramion.
- Dziękuję. Proszę kontynuować. – Wszystkie informacje zostały skrupulatnie zapisane w małym notesie.
- Na czym to ja … A tak. No i przyprowadziła mi moje dziecko a Nail stał się jakiś cichy. Nic nie opowiadał tylko gapił się przez okno na ludzi. Na kolację zjadł o wiele więcej niż zwykle i jeszcze mówił, że jest głodny. Ale nie to jest najgorsze. Przez dom poruszał się praktycznie bezszelestnie. Zaczynam się go bać. Dziś też jest jakiś inny.
- Proszę się nie bać. Ojciec mu zginał może to szok po wydarzeniowy? –
- Panno Frankwood ale to nie jest przybite dziecko. Chodzi uśmiechnięte, ciągle chce by się z nim bawić, by dać jeść. Wymaga o wiele więcej uwagi. Rano gdy się obudziłam spał koło mnie. A nigdy wcześniej tego nie robił. To nie jest normalne.
- Na razie pani nie możemy pomóc, ale gdy tylko coś ustalimy na pewno panią poinformujemy. Może dzieciak potrzebuje więcej uwagi a za maską radości kryje się jego smutek. Póki co dziękujemy za rozmowę pora wracać do obowiązków służbowych. Dziękujemy za te informacje. A i jeszcze jedno. Gdzie syn ma pokój?
- Na piętrze nad garażem. A czy to ważne? – Samanta stała zdezorientowana. Pytania detektywów i obecna sytuacja nie rokowała niczego pomyślnego.
- Nie, skądże. Tak tylko spytałam – Chowie wysiliła się na jeszcze jeden uśmiech. Gdy tylko łowcy oddalili się od matki zauważyli jeszcze trójkę dzieci, które wpatrywały się w „detektywów” tępym wzrokiem.
- Widzisz to Chris? To nie jest normalne zachowanie ośmiolatków.
- Racja, ale nic na to nie poradzimy. Może jeszcze raz obejrzyjmy dom Jamesa. Może przeoczyliśmy coś ważnego.
- Wątpię. Sprawdziliśmy wszystko. Może obejrzyjmy dom Samanty?


- I co chcesz tu znaleźć Chowie? Dom jak każdy inny. – Dochodziło południe, słońce prażyło niemiłosiernie. Posesja była dobrze utrzymywana, trawnik ładnie przycięty a na bocznej ścianie garażu wisiał kosz do gry. Przeciętny dom z przedmieścia.
-Szukamy wszystkiego co może nam się przydać. Zaglądnij wszędzie, pod każdy kamień. Może coś się uda znaleźć. – Minuty mijały a dwójka łowców przeczesywała całą posesję. Nie odważyli się wejść do domu.  Chowie została przy froncie domu, a Chris sprawdzał ogród za domem. Oprócz masy krzaków, udało się odnaleźć szopę na narzędzia. Wszystko było pozamykane. Ani ogród, ani tylne ściany nie nosiły śladów krwi albo uszkodzeń. Łowca usłyszał kroki osoby zbliżającej się do niego. Odruchowo sięgnął po ukryty nóż w cholewie buta.
- Chris spokojnie to tylko ja. Chodź szybko. Mam coś. – Chowie pomaszerowała ku frontowi domu. Kucnęła niedaleko parapetu, obok drzwi frontowych.  Na ścianie było widać czerwony ślad. – Krew. To już się robi dziwne. Nie widziałam by chłopiec był ranny.
- Ja też nie. Młody dobrze wyglądał. Może faktycznie lekko zawieszony ale poza tym było okej.
- Dobra już coś mamy. Teraz się rozdzielmy. Podrzuć mnie do hotelu pogrzebię po Internecie może znajdę jakieś wzmianki o dziwnych wypadkach w okolicy. A ty  sprawdź domy tych dwóch dzieciaków, którym też zginęli ojcowie. Może też coś znajdziesz. Szukaj czerwonych śladów.
- No dobra, to pora brać się do pracy.


- I jak Chris znalazłeś coś? – Pokój w którym się zatrzymywali był pozbawiony wszelakich wygód. Nie pozwalał na to ich budżet. Duże podwójne łóżko, stół, dwa i pomieszczenie sanitarne to było wszystko na co mogli sobie pozwolić.
- Tak jak myślałaś. Na wszystkich trzech domach są ślady krwi. W różnych miejscach, ale są. Nigdzie nie było śladu siarki. Ehh jestem wykończony. Cos jest do jedzenia? – W jego stronę poszybowało opakowanie z cheesburgerem.  – Kochana jesteś.
- Wiem. A teraz słuchaj. Z tego co wygrzebałam w sieci to czterdzieści cztery lat temu miało miejsce parę wypadków. Niby nic takiego ale wszystkie wydarzyły się na przestrzeni tygodnia. Było osiem zgonów. Umierali tylko mężczyźni, którzy się rozwiedli. Co ciekawe od ostatniego morderstwa nie minęło dwa miesiące jak zaczęły umierać byłe żony tych mężczyzn a dzieci zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach.  Do dziś nie udało się je znaleźć.
- To już coś nam mówi.  Seryjny morderca? – Mówienie z pełnymi ustami nigdy nie było prostym zadaniem.
- Wątpię. Cała akcja trwała jakoś cztery miesiące potem się uspokoiło. Poszperałam w demonologiach ale nic specjalnego nie znalazłam. Chcesz coli?
- Zawsze. No dobra to jedyne co wiemy. Jest już późno chodźmy spać. Resztą zajmiemy się jutro.


- Neil daj spokój. Zjadłes już kolację, zapiekankę i mini pizzę. Gdzie ty to mieścisz?
- Mamo ale jestem głodny. Co jemy?
- Już nic nie jemy jest dwudziesta trzecia.
- To chodź się pobawić mamo.
- Neil przerażasz mnie. Idz już spać. – Dzieciak w końcu się poddał i z obojętną miną ruszył po schodach do swojego pokoju. Zrezygnowana Samanta udała się do łazienki. Ze strachu przed dzieckiem zamknęła drzwi. „Z tym dzieckiem dzieje się coś złego”… Prysznic. To wszystko czego jej było potrzeba. W lustrze zauważyła lekko zaczerwienioną skórę. Używając drugiego lusterka znalazła ranę na lewym barku, niedaleko kręgosłupa. Rana była kulista, okrąg wyznaczały dziury po zębach z większym otworem w środku. Kobieta pełna przerażenia weszła pod prysznic. Zmywała z siebie trudy ,smutki mijającego dnia oraz rozmyślała nad dziwną raną . Łup. Coś uderzyło w drzwi od łazienki. Łup. Ponownie.
- Mamo wpuść mnie!
- Nie teraz kochanie kąpie się. – Strach ściskał żołądek matki Neila.
- Mamo wpuść mnie! – Uderzenia stawały się coraz częstsze. Drzwi napierały na framugę z coraz większą siłą.
- Jeszcze chwila kochanie! – Kobieta rozpoczęła poszukiwania telefonu. Numer do Chrisa… Karteczka została na dole.  Chłopiec coraz głośniej zaczynał krzyczeć, rozkazując mamie by ta wpuściła go do łazienki. Nagle wszystko ucichło, równie gwałtownie jak się rozpoczęło. Zadzwonił dzwonek od drzwi. Po chwili irytujący dźwięk dzwonka ponownie rozebrzmiał w domu. Samanta otworzyła drzwi od łazienki, chociaż wymagało to od niej ogromnej uwagi. Nigdzie nie było widać Neila. Okazało się, że dzwonił sąsiad zdziwiony nocną awanturą. Uspokojony Tommy wrócił do siebie. Gdy tylko mężczyzna się oddalił pojawił się Neil.
- Chcę lody. – Tajemniczy uśmiech chłopca przyprawiał o ciarki na plechach.
- Dobrze, idź się ubierz pojedziemy po lody do marketu. – Matka wymusiła kolejny uśmiech. Wszystko musiało wyglądać naturalnie by jej chory plan się powiódł. Kilka długich minut później Neil siedział już na tylnym siedzeniu. Gdy Samanta ustawiała lusterko, przypadkowo skierowała je na dziecko. Jej oczom ukazał się potwór. Istota, która przypominała jej synka, lecz była pozbawiona oczu, a usta przybrały owalny kształt i były naszpikowane ostrymi zębami. Z ust wystawał też język w kształcie rurki. Matka szybko odwróciła głowę patrząc na małego chłopca. Wszystko było normalnie. Nie zwracając uwagi na lusterko zmieniła jego kąt nachylenia. Już nie patrzyła na synka, jak to miała w zwyczaju. Lusterko odbijało obraz podsufitki. Za bardzo bała się potwora. Ruszyła powoli, kierując się ku centrum miasta. Zamiast na obwodnicy skręcić w prawo, w drogę wiodącą ku centrum skręciła ostro w lewo w kierunku stawu.
- Mamo gdzie jedziemy? – Głos z tyłu nadal przypominał głos małego, niewinnego chłopca.
- Po lody skarbie. – Kobieta starała się utrzymać miły i przyjazny ton wypowiedzi. Zatrzymała się przed samym stawem na pochylni. Zaciągnęła hamulec ręczy i zrzuciła bieg.
- Mamo dlaczego się tu zatrzymaliśmy? – Kobieta otworzyła swoje drzwi. Dzieciak siedział przypięty do fotelika w taki sposób, że nie był w stanie ruszyć rękoma.
- Wszystko będzie dobrze Neil.- Kobieta wychodząc z auta zwolniła hamulec. Auto zaczęło się toczyć powoli ku wodzie. Dziecko z obojętnym uśmiechem patrzyło się na swojego mordercę. Samochód zanurzył się w wodzie i Neil zniknął w otchłani.  Matka wróciła do domu po dwóch godzinach od wydarzenia. Wchodząc do domu płakała. Dręczyły ją wyrzuty sumienia. W końcu zabiła swoje jedyne dziecko. Została sama, a cała jej siła do życia spoczywała na dnie pobliskiego stawu. W domu panowała ciemność i cisza. Kobieta słyszała jedynie swój własny oddech, bicie serca oraz odgłosy płaczu. Znała dom jak własną kieszeń. Minęła schody wiodące na piętro i skierowała się ku kuchni. Wchodząc do salonu usłyszała dziwny dźwięk dobiegający z kuchni. W słabo oświetlonym pomieszczeniu zauważyła zarysy jakiejś postaci. Coś jakby dziecko. Zapaliła światło i jej oczom ukazał się straszny widok. Na barowym krześle siedział Neil, z jego ubrania kapała woda, był cały przemoczony. Siedział odwrócony do niej plecami. Powoli się odwrócił i z obojętnym uśmiechem powiedział:
- Mamo, ja chcę lody. – Kobieta nie wytrzymała. Z krzykiem uciekła z domu, zachowując się na tyle przytomnie by przy wyjściu złapać za torebkę. W środku była karteczka i telefon.


- Rana po ugryzieniu. Tylko jeden demon zostawia takie rany.- Chowie zabandażowała szyję rannej kobiety, dezynfekując rany aloesem. – Już wiem co atakuje to miasteczko. To są Servely. Demony, które podszywają się pod różne osoby i wysysają płyn mózgowordzeniowy. Dzieciaki przetrzymywane są w odosobnieniu z matką demonów. Służą jej za pokarm a ona składa nowe jaja. Wyjątkowo paskudne stworzenia. Przeważnie chowają się po opuszczonych budynkach albo pod ziemią. – Po przyjeździe łowców nigdzie nie było widać małego Neila. Dom był naprawdę pusty. Chris z przyzwyczajenia wziął butelkę wody święconej, dwa pistolety oraz obrzyn. Naboje w pistoletach miały diamentowe trzony a w strzelbie były wypełnione solą.
- Wiesz jak je najprościej zabić? Jakieś słabe punkty?- Chris czyścił przyniesione przed chwilą noże. Nie miał ich dużo, ale był z nimi bardzo związany. Nie raz stal i srebro ratowały mu skórę.
- Z tego co wiem boją się ognia. Ale jak to nie zadziała po prostu je rozstrzelamy.  A i najważniejsze. Trzeba złapać matkę miotu. Gdy ona umrze, zginą wszyscy. A jeśli nie, to zrobimy im małą krucjatę. Samanto nie wiesz przypadkiem czy w okolicy jest jakiś opuszczony budynek?

- Nie ma tu nic opuszczonego. Wszystko jest nowe. Chociaż… Jeden budynek jest w fazie budowy i od kilku tygodni nie było tam robotników…

Koniec części pierwszej 

piątek, 13 marca 2015

List

 Droga Natalio!
Dziękuje za Twój ostatni list. U mnie wszystko w porządku, zdrowie dopisuje jednak po głowie nadal kluczy mi pewna historia. Pisałem Ci o niej w ostatnim liście i prosiłaś bym rozwinął wątek. Jeżeli pozwolisz przejdę do opowiadania:
Światło z żarówek było wystarczająco jasne by oświetlić cały korytarz. Monotoniczne brzęczenie świetlówek było miarowe i wygrywało swoistą muzykę, w której mieszał się strach i nadzieja. Te mury widziały wiele. Wiele historii odbyło się na Sali operacyjnej. Korytarz był naocznym świadkiem wielu rodzinnych dramatów jak i wybuchów euforii. Niestety ściany milczą. Co jakiś czas w tym małym szpitalu przewijały się podobne historię. Rodzice jak zawsze siedzieli na ławce w poczekalni odliczając upływające sekundy. Sekundy, które wzmagały niepokój, strach i nadzieję. Ostatnią historię, opowiedział mi pewien lekarz. Przeprowadzał transplantacje serca, bardzo trudny zabieg , ale nie o tym tu mowa. Ponoć dawca pojawił się dość niespodziewanie i w niejasnych okolicznościach, lecz był to jedyny ratunek dla umierającego powoli  17 letniego chłopca o imieniu Maciek. Gdy tylko organ okazał się zdatny do przeszczepu lekarze przystąpili do pracy. Rodzice czekali w napięciu. Mijały godziny, jedna za drugą, zegarek nieubłaganie parł do przodu. Udało mi się spotkać mamę chwilę przed zakończeniem zabiegu. Dla zabicia czasu opowiedziała mi historię tego „organicznego cudu”. Widać było jak smagają nią emocje i typowy „moralniak”. W zasadzie stało się dobrze, że znalazł się organ. Za każdym narządem stoi śmierć, ale mimo wszystko może uda się uratować jeszcze jedno istnienie. Czerwona lampka zgasła. Zapaliła się zielona oznaczająca koniec operacji. Stanąłem z boku obserwując zafrasowaną parę i lekarza. Cały fartuch we krwi, oczy zmęczone od ostrego światła. Mówił coś cicho i niepewnie. Kobieta miała łzy w oczach, mężczyzna uścisnął dłoń lekarzowi po czym mocno przytulił żonę. Po kilku minutach z Sali operacyjnej wyjechało łóżko z młodym chłopakiem. Kroplówki ciągle były przypięte do jego ciała i wszystko rokowało pomyślnie. Tutaj kończy się moja wiedza. Więcej pary nie spotkałem, ani o nich nie słyszałem. Jeżeli znasz ich dalsze losy, albo chociaż się domyślasz jak mogły się one potoczyć odpisz mi w kolejnym liście.
                                                                                                       Pozdrawiam i tęsknie

                                                                                                                                       Mati

wtorek, 10 marca 2015

Odpowiedzialność

Widziałem ją idącą znad przeciwka. Była piękna. Długie brązowe włosy, owalna twarz, zielone oczy. Piękna figura. Czego chcieć więcej? Jesteśmy razem od pół roku.  Zuzia bo tak jej na imię niedawno skończyła 16 lat. Wszystko wyglądało idealnie. Przyjęcie u niej w domu, tort, odśpiewane sto lat, masa prezentów. Mimo tego, że jej rodzice nigdy nie należeli do bogatych osób zawsze starali się żyć na godnym poziomie. Ufali mi. Ze mną Zuzia mogła wyjść wszędzie. Wiedzieli, że jej nie skrzywdzę. Za bardzo się kochamy. Tego wieczoru jednak wszystko się zmieniło. Udaliśmy się na melanż. Sporo znajomych, alkoholu i marihuany. Chcieliśmy zaszaleć. Zmieszaliśmy wszystko. Obudziliśmy się rano bez ubrań. Na pościeli pełno krwi, Zuzia miała zakrwawione krocze. To co zdarzyło się tamtej nocy w tym momencie stało się dla nas oczywiste. Uznaliśmy, że ciąża jest niemożliwa, że to tylko jeden raz. Przez dwa miesiące nie wracaliśmy do tematu. Czas mijał szybko i szybko zapomnieliśmy o tamtych wydarzeniach. Jesteśmy młodzi czym się przejmować ? Dziewczyna wybrała się na okresowe badanie do ginekologa. Potem odebrałem od niej telefon. Jest w ciąży. Musiała mi to powtórzyć kilkukrotnie by to do mnie dotarło. To nie realne. Przecież oboje mamy szkołę. Mimo tego, że mam osiemnaście lat nadal się uczę. Matura przede mną. Jak my sobie poradzimy z dzieckiem? Spotkaliśmy się tam gdzie zawsze. Nad rzeką. Płakała. Nic nie chce powiedzieć rodzicom. To drugi miesiąc nie da rady usunąć dziecka. Są dwa wyjścia albo aborcja albo urodzi. Nie chce słyszeć słowa o aborcji. To zwykłe morderstwo. Mimo wszystko zapewniłem ją, że przejdziemy przez to razem. Chociaż miałbym rzucić szkołę i wyjechać za groszem. Zrobię to. Dla niej, dla dziecka, dla nas. Długo rozmawialiśmy. Odprowadziłem ją do domu. Gdy byłem już u siebie na drugim końcu miasta dostałem sms. „To nie ma sensu. Szkoda byś się męczył z dzieciakiem. Znajdz sobie inną dziewczynę. Ja odejdę”. Po raz pierwszy odbyłem maraton przez całe miasto. Mimo późnej pory przybiegłem pod jej balkon. Wyszła jej siostra i uświadomiła mi, że Zuzia nie będzie rozmawiać. Mimo wszystko udało mi się wejść do jej domu.  Leżała na podłodze po zażyciu całego opakowania środków nasennych. Po podłodze walała się butelka po alkoholu. Szybko zadzwoniliśmy na pogotowie, opisując zdarzenie. Karetka przybyła kilka minut po wezwaniu. Długo czekaliśmy w poczekalni. Przeżyła. Dziewczyna otrzymała płukanie żołądka i pomoc psychologa. Czasem jedna decyzja potrafi uratować życie. Bądź odpowiedzialny za to co robisz.


sobota, 7 marca 2015

Wypadek samochodowy

Piękne wrześniowe popołudnie.  Właśnie wracałem z żoną z rodzinnego wyjazdu.
- Jacek zwolnij. – Moja żona jak zawsze pilnowała wskazówki prędkościomierza.

- Spokojnie Maju. Chcemy już być w domu czy nie? Jestem strasznie zmęczony. – Wskazówka przekraczała sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Minęliśmy jeden zjazd i przejście dla pieszych. Na następnej krzyżówce mieliśmy skręcić w prawo. Podczas skrętu przed maską pojawiła się postać. Czas zamarł. Jedyne co czułem to mocne wciskanie pedału hamulca oraz zaciśnięcie rąk na kierownicy. Widziałem jak osoba uderzyła głową w szybę tworząc na jej powierzchni bardzo dużego pająka.  Ciało poderwało się i z impetem wyleciało w powietrze. Hamulec skutecznie zadziałał. Wyhamowałem kilkanaście metrów dalej. Wszystko działo się jak na klatkach przerywanego filmu. Żona wybiegła z auta i udała się do poszkodowanego. Stwierdziłem że muszę odstawić auto w bezpieczne miejsce. Odjechałem kawałek, zaparkowałem i uruchomiłem awaryjne światła. Wybiegłem z auta zabierając ze sobą apteczkę samochodową.  Do poszkodowanego dobiegłem w ciągu kilku sekund.  Z ciała zostało bardzo mało. Worek połamanych kości. Opis martwego ciała do dziś nie mogę wyprzeć z umysłu. Nie wiedziałem co mam uczynić. Ktoś zadzwonił po pogotowie, druga osoba po policję. Zatrzymało się jeszcze jedno auto oferując pomoc. Pogotowie przyjechało bardzo szybko. Stwierdzili zgon na miejscu.  Policja przekazała sprawę na prokuraturę. Termin rozprawy przypadł dwa miesiące po wypadku. Nie mogę spać po nocach i nigdy nie wsiądę do auta. Przyszedł moment rozprawy. Odczytano akt oskarżenia według, którego spowodowałem śmiertelny wypadek, przekroczyłem prędkość i zbiegłem z miejsca zdarzenia. Na nic moje tłumaczenia, że przestawiłem tylko auto by nie spowodować dodatkowego zagrożenia. Najtrudniej było mi spojrzeć w oczy matki zabitego chłopaka. Dowiedziałem się, że miał 18 lat i wracał od dziewczyny. Czasem jedna decyzja zmienia całe życie. Zapadł wyrok 3,5 roku więzienia bez zawieszenia. Zostałem zaprowadzony po rozprawie do poczekalni. Długo nie czekałem. Po chwili przyszło po mnie dwóch policjantów. Zostałem zaprowadzony do radiowozu. Pierwsze dni w więzieniu nie były proste. Ciężko się odnaleźć w nowym środowisku. Dostałem możliwość pracy w ośrodku z ludźmi po wypadkach samochodowych. Każdego dnia żałuję tamtej chwili. Każdej nocy mam przed oczami rozwaloną głowę tego mężczyzny. Do dziś nie potrafię spojrzeć w lustro bez wstrętu dla samego siebie. Tak minęło już półtorej roku. Zostało mi jeszcze dwa lata odsiadki. Dwa lata niewoli oraz całe życie męczarni. Pamiętaj. Piętnaście mniej. Uratowało by życie. Nie popełnij tego samego błędu.

środa, 4 marca 2015

Zagadka

Mogę pozostać anonimowy.
Możesz nie zwrócić na mnie swojej uwagi
Zawsze będziesz czuł mój oddech na karku
Zawsze będę obok Ciebie.
Nigdy ode mnie nie uciekniesz.
Patrzę się na Ciebie gdy śpisz.
Kiedyś Cię ze sobą zabiorę w podróż, z której już nie wrócisz.

Czy już wiesz z kim rozmawiasz?

wtorek, 3 marca 2015

Tropiciel część 13

Połączenie między Granville a New Province istniało od dwudziestu lat. Stary Max, maszynista znał trasę jak własną kieszeń, tak jak występujące po drodze anomalia. Mgły zdarzały się po obfitym deszczu, jednak tak gęstą  widział po raz pierwszy w życiu. Nie było wyjścia, trzeba było zwolnić pociąg. Brak widoczności groził wykolejeniem a wtedy maszynista nie doczekałby emerytury w tym zawodzie. Skład sunął żółwim tempem przedzierając się przez osiadłą chmurę. Mimo potężnych reflektorów nie było widać absolutnie niczego. Coś zawyło. Niedaleko, troszkę po prawej stronie.  Wycie z pewnością nie należało do wilka. Odgłos był podobny do niczego. Skład się zatrzymał. Mimo prób starego Maxa pociąg nawet nie drgnął. Akumulatory odmówiły posłuszeństwa. Nie dość, ze dookoła składu panowała mgła to jeszcze rozległa się cisza przerywana wyciem leśnych zwierząt.
- Cholera. Jak zwykle musi się wszystko spieprzyć na mojej zmianie. Drugi raz w tym miesiącu. A mówiłem, że trzeba wysłać na warsztat bo się psuje to "nie bo po co?" Przecież nie trzeba, skład sprawny będzie jeździć ! By to cholera krótkofalówka nie działa… Gdzie ja położyłem telefon…


Do uszu prawie emerytowanego już maszynisty dotarł dźwięk, podobny do drapania złośliwej uczennicy długim pazurem bo zielonej tablicy.  Prawda była o wiele gorsza.  Drugi, bliźniaczy odgłos zabrzmiał po przeciwnym boku szynobusu. Pękła jedna z szyb na końcu składu. Do pociągu wpadł martwy wilk. Jego kark był skręcony a martwe oczy spoglądały na ogon. Jedna z kobiet wrzasnęła. Nim krzyk dotarł do osób na końcu pociągu przez przeciwne okno wskoczył mężczyzna. Wysoki sopran przecinał powietrze. Łowca niezbyt kulturalnie uciszył divę operową pożyczając jabłko od stojącej nieopodal staruszki. Kolejne okno zostało rozbite. Długie łapy złapały siedzącą przy oknie kobietę. Wszystko trwało ułamek sekundy. Kobieta z jabłkiem w ustach została wyciągnięta przez okno. Potwór był na tyle inteligentny, że nie wystawił swojej zdeformowanej głowy. Po kobiecie zostało tylko lekko nadgryzione jabłko.