Czarna Shelby GT500 skończyła swą trasę na końcu osiedla przy nowo budowanym domku jednorodzinnym. Nadchodził wieczór, słońce powoli opuszczało nieboskłon zalewając osiedle pomarańczowym blaskiem. Para łowców wysiadła z wozu. Posesja wyglądała jak plac budowy. Wszędzie walały się worki z zaprawą, narzędzia, płachty oraz dziesiątki różnych innych materiałów. Dom był w stanie surowym. Ściany były gołe, nieotynkowane, drzwi nie było, okna też jeszcze nie zostały zamontowane. Jedynym finalnie skończonym etapem był dach. Przed wejściem usypana była górka z piasku.
- Chris patrz. – Chowie ostrożnie podeszła do kupki sypkiego materiału i sprawdziła co to naprawdę jest.
-To nie jest piasek. Wygląda mi to na czerwoną glinę… dość specyficzną. Po roztarciu zostawia mocne czerwone ślady. – Dłonie Chowie wyglądały jak po rzezi na niewinnym stworzeniu. Z łatwością można było pomylić glinę z krwią.
- Czyli to nie krew była na parapetach a glina. – Chris odbezpieczył pistolet. – Pilnuj się. Możliwe, że tu mają swoje gniazdo. – Ostrożnie rozpoczęli badanie domu. Przedpokój prowadził przez całą długość domu aż do drugiego wyjścia. Pomieszczenie po lewej stronie, które zapewne miało stać się salonem było puste. Prócz kilku worków z zaprawą i kilkoma deskami nie było tam nic. Wysoki krzyk przeszył powietrze. Tylko jedna osoba potrafi wydobyć z siebie taki pisk… Chowie! Chris szybko wrócił do przedpokoju i ruszył w stronę dźwięku. Trafił do pokoju oddalonego kilka metrów od salonu. Pokój był mały i lekko zaciemniony. Łowca zauważył leżącą na podłodze towarzyszkę, szarpiącą się z małym szarym stworzeniem. Bez namysłu otworzył ogień. Dwie kule trafiły potwora odpowiednio w krzyż i podstawę czaski. Ciało zastygło bez ruchu.
- Chowie! Nic Ci nie jest? Nie ugryzł Cię? – Pokonanie dystansu dzielącego go od kobiety zajęło mu mniej niż trzy sekundy
- Nie nic. Dałam się zaskoczyć. Potwór przybrał wygląd Neila. Nie byłam w stanie go zaatakować. Przeklęte Selvery. Na szczęście nie zdążył mnie ugryźć. A dużo nie brakowało. Nawet nie dobyłam noża. Dzięki. – Łowczyni wstała o własnych siłach. Tym razem miała więcej szczęścia niż niejedna matka. Gdyby nie drugi łowca ta przygoda mogłaby się już zakończyć.
- Chowie chodź się pobawić. – W ciemnym przedpokoju stał Barry. Jego popielate włosy sięgały do ramion. Od ich ostatniego spotkania minęło już sześć miesięcy. Miał tam pozostać aż do ukończenia czternastego roku życia. Postać stojąca w pomieszczeniu miała około dziesięciu lat.
- To nie jest nasz chłopiec Chris. – Mina łowczyny ukazywała ogromną troskę oraz strach. W dłoni mężczyzny błysnął wypolerowany pistolet.
- Wiem. – Potwór skoczył w stronę Chowie. Nim pokonał połowę odległości dzielącej go od kobiety padł strzał. Selver stracił życie. Martwa postać wylądowała nieopodal nóg Chrisa. Zapadła cisza. Łowcy podjęli sprawdzanie domu. Reszta pomieszczeń na parterze była pusta, podobnie jak pokoje na pierwszym piętrze. Para postanowiła wyjść na posesje.
-Nigdzie nie ma wejścia do piwnic.- Chowie przeszukała wzrokiem ogród.
-To nowy dom wiec wejścia do piwnic mogą się znajdywać na podwórku.
-Możliwe. – Myśliwi przez ponad godzinę przeczesywali teren dookoła domu. Bezskutecznie… Towarzyszył im księżyc, który niedawno rozpoczął swą wędrówkę po niebie.
-Chowie! Mam coś! – głos mężczyzny przepełniało podniecenie. Pod stertą liści znajdował się właz, drzwiczki były zabezpieczone kłódką. Kilka uderzeń kamieniem zniszczyło zabezpieczenie. Okropny smród uderzył po nozdrzach bohaterów. Dwa snopy światła wydobywające się z latarek łowców rozświetliły piwnicę. Piwnica by średnim i ciemnym pomieszczeniem. Pod prawą ścianą stały dwa rzędy klatek, dokładnie dwanaście sztuk. Ponad połowa była zajęta była zajęta przez dzieci. Naprzeciw nich znajdowała się jeszcze jedna, większa klatka. Zajmowała ją kobieta, na oko po czterdziestce, leżała zwinięta w pozycji embrionalnej. Spała. Po przeciwnej stronie stał stół z narzędziami, a na środku pomieszczenia stało krzesło, a na nim siedziała dziewczynka. Mała blondynka w wieku około ośmiu lat. W jej włosach było widać skrzepy krwi. Nad jej głową znajdowała się żarówka. Dziewczynka była przypięta do krzesła skórzanymi pasami, na karku widniał ślad po ugryzieniu.
- Identyczna rana jak u Samanty. –W chwili gdy Chowie mijała siedzącą postać, ta poruszyła się.
- Nie rób mi krzywdy !- Krzyk dziewczynki obudził dzieci w klatkach.
- Spokojnie mała, nikt Cię nie skrzywdzi. – Nim Chris skończył zdanie mała blondynka zaczęła płakać.
- Ona znowu tu przyjdzie! Będzie nas bić a potem nas ugryzie! Jestem następna! – Płaczu dziecka nie dało się już powstrzymać.
- Kto przyjdzie? Patrz na mnie! Spokojnie… Kto ma przyjść? – Drzwi od piwnicy otworzyły się z hukiem.
- Ona! To ona ! – Krzyk blondynki wypełnił pomieszczenie. W drzwiach stanęła kobieta o czarnych sięgających ramion włosów. Była niewiele wyższa od Chowie, ale znacznie niższa niż Chris.
- Panna Jackson. Troskliwa pracownica opieki społecznej. A raczej jej sobowtór. Selver. Ciągle się zastanawiałam co was przywiało akurat tutaj. Pierwszy wasz atak, nieładnie uprowadzać ludzi. Teraz będziemy musieli się pożegnać. W tym świecie nie ma miejsca dla demonów. – Chowie dobyła sztyletu, który leżał ukryty w cholewie buta. Srebrna finka ze znakami runicznymi. Jedyne ostrze mordujące demony. W tym samym czasie Chris odbezpieczył broń palną i obydwie lufy wycelował w stojącego w wejściu potwora.
- To mnie nie zabije. Jestem nieczuła na broń i srebro. Możecie próbować do woli. – Podmieniec ruszył do ataku. Jednym susem pokonał pół odległości dzielącej go od łowców. Salwa pocisków zalała pędzącego stwora. Kule przeszyły Selvera bardzo poważnie go raniąc, jednak przeciwnik nie okazał nawet grymasu bólu.
- Mówiłam wam, że to na mnie nie działa. Spróbujcie czegoś innego. – Jednym uderzeniem odtrąciła Chrisa, który z impetem uderzył o ścianę po prawej stronie. Bezwładnie osunął się na stół z narzędziami, który załamał się pod jego ciężarem. Chowie zawirowała z ostrzem w dłoni skacząc obok potwora niczym kotka w tańcu z jeżem. Nie potrafiła dosięgnąć podmieńca. Stwór jednym manewrem wyminął lecące ku niemu ostrze, łokciem trafił w mostek Chowie pozbawiając ją oddechu. Jedną dłoń zacisnął na jej gardle i uniósł ją na wysokość własnych oczu. Łowczyni dusząc się zaciskała dłonie na przegubie agresorki. Padł strzał, potwór przyklęknął na jedno z kolan wypuszczając kobietę.
- Uciekaj na dwór! Ja się nim zajmę. – W dłoni łowcy pojawił się kanister. Szybkim ruchem oblał potwora. Na powstałą stróżkę paliwa rzucił zapałkę. Stwór zaczął się palić. Okropny krzyk i smród wypełniły małą piwniczkę. Potwór szybko zmienił się w kupkę popiołu. Łowca z trudem wydostał się z piwnicy.
- Potwór już jest martwy? – Chowie z trudem łapała powietrze. Siny ślad wokół jej szyi ciągle przypominały o przeżytym niedawno horrorze.
- Z tego co ja wiem gdy zabije się matkę to giną też jej dzieci. Dlatego wszystko powinno wrócić do normy. Pora uwolnić dzieci i zakończyć ten koszmar. – Wspólnie wrócili do piwnicy gdzie czekały na nich przestraszone pociechy.
- Chris patrz. – Chowie ostrożnie podeszła do kupki sypkiego materiału i sprawdziła co to naprawdę jest.
-To nie jest piasek. Wygląda mi to na czerwoną glinę… dość specyficzną. Po roztarciu zostawia mocne czerwone ślady. – Dłonie Chowie wyglądały jak po rzezi na niewinnym stworzeniu. Z łatwością można było pomylić glinę z krwią.
- Czyli to nie krew była na parapetach a glina. – Chris odbezpieczył pistolet. – Pilnuj się. Możliwe, że tu mają swoje gniazdo. – Ostrożnie rozpoczęli badanie domu. Przedpokój prowadził przez całą długość domu aż do drugiego wyjścia. Pomieszczenie po lewej stronie, które zapewne miało stać się salonem było puste. Prócz kilku worków z zaprawą i kilkoma deskami nie było tam nic. Wysoki krzyk przeszył powietrze. Tylko jedna osoba potrafi wydobyć z siebie taki pisk… Chowie! Chris szybko wrócił do przedpokoju i ruszył w stronę dźwięku. Trafił do pokoju oddalonego kilka metrów od salonu. Pokój był mały i lekko zaciemniony. Łowca zauważył leżącą na podłodze towarzyszkę, szarpiącą się z małym szarym stworzeniem. Bez namysłu otworzył ogień. Dwie kule trafiły potwora odpowiednio w krzyż i podstawę czaski. Ciało zastygło bez ruchu.
- Chowie! Nic Ci nie jest? Nie ugryzł Cię? – Pokonanie dystansu dzielącego go od kobiety zajęło mu mniej niż trzy sekundy
- Nie nic. Dałam się zaskoczyć. Potwór przybrał wygląd Neila. Nie byłam w stanie go zaatakować. Przeklęte Selvery. Na szczęście nie zdążył mnie ugryźć. A dużo nie brakowało. Nawet nie dobyłam noża. Dzięki. – Łowczyni wstała o własnych siłach. Tym razem miała więcej szczęścia niż niejedna matka. Gdyby nie drugi łowca ta przygoda mogłaby się już zakończyć.
- Chowie chodź się pobawić. – W ciemnym przedpokoju stał Barry. Jego popielate włosy sięgały do ramion. Od ich ostatniego spotkania minęło już sześć miesięcy. Miał tam pozostać aż do ukończenia czternastego roku życia. Postać stojąca w pomieszczeniu miała około dziesięciu lat.
- To nie jest nasz chłopiec Chris. – Mina łowczyny ukazywała ogromną troskę oraz strach. W dłoni mężczyzny błysnął wypolerowany pistolet.
- Wiem. – Potwór skoczył w stronę Chowie. Nim pokonał połowę odległości dzielącej go od kobiety padł strzał. Selver stracił życie. Martwa postać wylądowała nieopodal nóg Chrisa. Zapadła cisza. Łowcy podjęli sprawdzanie domu. Reszta pomieszczeń na parterze była pusta, podobnie jak pokoje na pierwszym piętrze. Para postanowiła wyjść na posesje.
-Nigdzie nie ma wejścia do piwnic.- Chowie przeszukała wzrokiem ogród.
-To nowy dom wiec wejścia do piwnic mogą się znajdywać na podwórku.
-Możliwe. – Myśliwi przez ponad godzinę przeczesywali teren dookoła domu. Bezskutecznie… Towarzyszył im księżyc, który niedawno rozpoczął swą wędrówkę po niebie.
-Chowie! Mam coś! – głos mężczyzny przepełniało podniecenie. Pod stertą liści znajdował się właz, drzwiczki były zabezpieczone kłódką. Kilka uderzeń kamieniem zniszczyło zabezpieczenie. Okropny smród uderzył po nozdrzach bohaterów. Dwa snopy światła wydobywające się z latarek łowców rozświetliły piwnicę. Piwnica by średnim i ciemnym pomieszczeniem. Pod prawą ścianą stały dwa rzędy klatek, dokładnie dwanaście sztuk. Ponad połowa była zajęta była zajęta przez dzieci. Naprzeciw nich znajdowała się jeszcze jedna, większa klatka. Zajmowała ją kobieta, na oko po czterdziestce, leżała zwinięta w pozycji embrionalnej. Spała. Po przeciwnej stronie stał stół z narzędziami, a na środku pomieszczenia stało krzesło, a na nim siedziała dziewczynka. Mała blondynka w wieku około ośmiu lat. W jej włosach było widać skrzepy krwi. Nad jej głową znajdowała się żarówka. Dziewczynka była przypięta do krzesła skórzanymi pasami, na karku widniał ślad po ugryzieniu.
- Identyczna rana jak u Samanty. –W chwili gdy Chowie mijała siedzącą postać, ta poruszyła się.
- Nie rób mi krzywdy !- Krzyk dziewczynki obudził dzieci w klatkach.
- Spokojnie mała, nikt Cię nie skrzywdzi. – Nim Chris skończył zdanie mała blondynka zaczęła płakać.
- Ona znowu tu przyjdzie! Będzie nas bić a potem nas ugryzie! Jestem następna! – Płaczu dziecka nie dało się już powstrzymać.
- Kto przyjdzie? Patrz na mnie! Spokojnie… Kto ma przyjść? – Drzwi od piwnicy otworzyły się z hukiem.
- Ona! To ona ! – Krzyk blondynki wypełnił pomieszczenie. W drzwiach stanęła kobieta o czarnych sięgających ramion włosów. Była niewiele wyższa od Chowie, ale znacznie niższa niż Chris.
- Panna Jackson. Troskliwa pracownica opieki społecznej. A raczej jej sobowtór. Selver. Ciągle się zastanawiałam co was przywiało akurat tutaj. Pierwszy wasz atak, nieładnie uprowadzać ludzi. Teraz będziemy musieli się pożegnać. W tym świecie nie ma miejsca dla demonów. – Chowie dobyła sztyletu, który leżał ukryty w cholewie buta. Srebrna finka ze znakami runicznymi. Jedyne ostrze mordujące demony. W tym samym czasie Chris odbezpieczył broń palną i obydwie lufy wycelował w stojącego w wejściu potwora.
- To mnie nie zabije. Jestem nieczuła na broń i srebro. Możecie próbować do woli. – Podmieniec ruszył do ataku. Jednym susem pokonał pół odległości dzielącej go od łowców. Salwa pocisków zalała pędzącego stwora. Kule przeszyły Selvera bardzo poważnie go raniąc, jednak przeciwnik nie okazał nawet grymasu bólu.
- Mówiłam wam, że to na mnie nie działa. Spróbujcie czegoś innego. – Jednym uderzeniem odtrąciła Chrisa, który z impetem uderzył o ścianę po prawej stronie. Bezwładnie osunął się na stół z narzędziami, który załamał się pod jego ciężarem. Chowie zawirowała z ostrzem w dłoni skacząc obok potwora niczym kotka w tańcu z jeżem. Nie potrafiła dosięgnąć podmieńca. Stwór jednym manewrem wyminął lecące ku niemu ostrze, łokciem trafił w mostek Chowie pozbawiając ją oddechu. Jedną dłoń zacisnął na jej gardle i uniósł ją na wysokość własnych oczu. Łowczyni dusząc się zaciskała dłonie na przegubie agresorki. Padł strzał, potwór przyklęknął na jedno z kolan wypuszczając kobietę.
- Uciekaj na dwór! Ja się nim zajmę. – W dłoni łowcy pojawił się kanister. Szybkim ruchem oblał potwora. Na powstałą stróżkę paliwa rzucił zapałkę. Stwór zaczął się palić. Okropny krzyk i smród wypełniły małą piwniczkę. Potwór szybko zmienił się w kupkę popiołu. Łowca z trudem wydostał się z piwnicy.
- Potwór już jest martwy? – Chowie z trudem łapała powietrze. Siny ślad wokół jej szyi ciągle przypominały o przeżytym niedawno horrorze.
- Z tego co ja wiem gdy zabije się matkę to giną też jej dzieci. Dlatego wszystko powinno wrócić do normy. Pora uwolnić dzieci i zakończyć ten koszmar. – Wspólnie wrócili do piwnicy gdzie czekały na nich przestraszone pociechy.
W Hurtsville w końcu zapanował spokój. Tydzień po tragicznych wydarzeniach do przedmieścia dużego miasta wróciła harmonia. Dzieciaki znowu radośnie bawiły się na placach zabaw, matki wychodziły wraz z dziećmi i każdy starał się zapomnieć o dziwnych wydarzeniach. Dla rodzicielek uprowadzonych dzieci zostało zorganizowane szkolenie, na którym łowcy wytłumaczyli kobietom co się stało oraz to jak przeciwdziałać gdyby, którekolwiek z dzieci zaczęło się dziwnie zachowywać. Po wyjściu z budynku gdzie odbywało się spotkanie łowcy ruszyli w stronę stojącego mustanga.
- Dawno nie byliśmy u Barrego. – Widok zachodzącego słońca pobudził uśpione troski Chowie.
- Racja. Może odwiedzimy go teraz? – Chris wykrzesał jeszcze jeden uśmiech. Zdarzenia minionego tygodnia wyczerpały mężczyznę do zera. Jedyne o czym marzył to prysznic i sen. Bardziej niż tego pragnął zobaczyć jeszcze jeden szczery uśmiech swojej kobiety. Te chwile budziły w nim chęć do walki i do życia. Kobieta kiwnęła głową.
- Najpierw jedziemy do motelu. Jutro ruszymy do naszego chłopca…